Wiedeń na Gwiazdkę: relacja z wycieczki cz. 1

18:39 Pepa 6 Comments

W ostatnią przedświąteczną sobotę wstałam wcześnie, obudzona słońcem wdzierającym się przez okno pokoju w akademiku, naszego kolejnego prowizorycznego mieszkania, w którym nie zdążyliśmy się jeszcze w ogóle zadomowić. Kolejne mieszkanie, kolejni sąsiedzi, kolejny widok z okna. Tym razem na dziesięciopiętrowy, po-PRL-owski blok z wielkiej płyty, obraz swojski i do bólu polski. Zaczęliśmy wspominać Wiedeń, w którym spędziliśmy ostatni rok. Od naszego powrotu w październiku nie było dnia, w którym nie tęskniłam za tym wszystkim, co musieliśmy za sobą zostawić. Człowiek ławo przyzwyczaja się do dobrych rzeczy, trudniej mu z nich rezygnować. Tak jest chyba zawsze.
Nie musieliśmy zbyt wiele mówić i między sobą ustalać. Szybki telefon do pani Beaty, u której wynajmowaliśmy wcześniej mieszkanie czy ma teraz jakiś wolny apartament: jest akurat ten w którym najdłużej mieszkaliśmy, nasz ulubiony. Możemy przyjeżdżać a pobyt mamy od niej w prezencie. Bardzo miły gest! Po kwadransie byliśmy już spakowani i opuszczaliśmy Gliwice, kierując się na tak dobrze już znaną drogę do Wiednia. Podróż zleciała nam błyskawicznie, szybciej niż się spodziewaliśmy. Przez ostatnie tygodnie wydawało mi się, że to miejsce z którym wiąże się tyle miłych wspomnień jest teraz tak nieosiągalne i odległe jak drugi koniec świata a tymczasem ani się obejrzeliśmy, kiedy zaparkowaliśmy pod "naszą" kamienicą i weszliśmy do środka.
W mieszkaniu niewiele się zmieniło. Wchodząc do niego miałam wrażenie jakbym nie przyjechała na wycieczkę, tylko wróciła nareszcie do domu z przydługich i średnio udanych wakacji w Polsce równocześnie zdając sobie boleśnie sprawę, że to nieprawda.
Wiedziałam, że powrót pod wieloma względami nie będzie dla mnie łatwy i przez te prawie trzy miesiące wolałam się odciąć i nie myśleć zbyt wiele o tym, co już za sobą zostawiliśmy. Tęskniłam za tym mieszkaniem, tęskniłam za miastem, za Dunajem, za niedzielnymi wypadami na wzgórze Kahlenberg i spacerami po parku Schönbrunn. Za widokiem na Ratusz i Hofburg z Volksgarten, za Stadtparkiem, Donauinsel, za przejażdżką fioletową linią metra przez Donaustadtbrücke. Za 11 dzielnicą, w której mieszkaliśmy, na pierwszy rzut oka niezbyt piękną ale przy bliższym poznaniu dającą się lubić, zwłaszcza gdy odkryliśmy, że w pobliżu znajdują się piękne tereny spacerowe i winnice Laaerberg. Długo by jeszcze wymieniać tak wiele w Wiedniu jest pięknych miejsc. Wystarczy jak Wam powiem, że w ciągu roku nie udało mi się jeszcze zobaczyć wszystkiego, co bym chciała. Koniec tych smutków, napiliśmy się po lampce pysznego austriackiego wina Tschida Spätlese i ruszyliśmy na miasto!
Zwiedzanie Jarmarków Bożonarodzeniowych rozpoczęliśmy od usytuowanego najbliżej nas Karlsplatzu. Kościół św. Karola Boromeusza zawsze robi na mnie niesamowite wrażenie. Ta jedna z najpiękniejszych barokowych budowli zwana jest niekiedy wiedeńskim Tadż Mahal. Osobiście nie lubię tego typu porównań, od razu przed oczami staje mi Paczków okrzyknięty szumnie w jakimś artykule polskim Carcassonne. Szczecin- Paryż Północy, Puławy- polskie Ateny, Wałbrzych- polska Toskania, a ileż to naczytałam się w przewodnikach o przeróżnych "Wenecjach" i "Szwajcariach"! Wiedeński kościół jest tak charakterystyczny, że jakiekolwiek przyrównywanie go do innych zabytków na świecie zdaje się umniejszać jego randze i pozbawione jest sensu. Każdy kto nawet przez przypadek się pod nim znalazł z pewnością zapamiętał to miejsce na zawsze.
Jarmark na Karlsplatzu nie jest może aż tak popularny jak Wioska Bożonarodzeniowa pod Ratuszem, ale niezaprzeczalnie jest jednym z największych i najpiękniejszych targów świątecznych Wiednia. Jego największą atrakcją jest szopka z żywymi zwierzakami. W tym roku były to owce, kozy i para małych, kwiczących wieprzków. 
Spacerując po jarmarku wpadliśmy na pomysł, żeby zadzwonić do mieszkających w Wiedniu Magdy i Andrzeja, którzy właśnie mieli się wybierać pod Pałac Schönbrunn.
Kilka stacji zielonym metrem i już już byliśmy na miejscu, pijąc z dawnymi znajomymi poncz. Zarówno ten karmelowy jak i z dodatkiem Baileys nie miały sobie równych, do tego widok na pięknie oświetlony nocą pałac i grające w tle świąteczne piosenki. Niestety, równo o 21 wiedeńska punktualność dała o sobie znać i budki w mgnieniu oka pozamykały się na trzy spusty tak, że cudem udało nam się jeszcze zwrócić kubki przez szparę w drzwiach na zapleczu. Szkoda, że jarmarki chociaż w weekendy nie są czynne dłużej.
Magda i Andrzej zaprowadzili nas do małej, klimatycznej knajpki niedaleko pałacu. Aperol Spritz był bardzo dobry, a towarzystwo jeszcze lepsze. Czas szybko zleciał i trzeba było zbierać się do domu. Wiedeń to Wiedeń, tu mało które bary czynne są do północy, ulice pustoszeją po dziesiątej, a w tygodniu przed pierwszą przestaje kursować nawet metro i tramwaje. Mieszkając tu można do tego w końcu przywyknąć, chociaż mi chyba nigdy do końca się to nie udało. Wróciłam do domu już nie mogąc się doczekać następnego dnia.

6 komentarzy:

  1. Ech wspaniale... Chyba dobrze Cię rozumiem...

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne miasto. Byłam raz i mnie urzekło. Chętnie odwiedziłabym Wiedeń w okresie świątecznym

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie tam jest, ostatnio tam byłam. Ozdoby i lampki są śliczne wieczorem ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobrze Cię rozumiem, gdybym miała możliwość zamieszkania i pracowania w Wiedniu, nawet bym się nie zastanawiała!
    Też byłam w tym roku na jarmarkach. Przez ostatnie 3 lata zahaczyłam chyba o najważniejsze miasteczka świąteczne :) Tak miłym akcentem zaczęłam swoje opowieści na www.leonsi.pl

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj Wiedeń chyba zawsze będzie miejscem do którego lubię wracać wspomnieniami.

    OdpowiedzUsuń
  6. Święta są tam magiczne :)

    OdpowiedzUsuń