Jak powstały bloki z wielkiej płyty?

Osiedla bloków z wielkiej płyty to krajobraz bliski mieszkańcom większości polskich miast. Krajobraz, który obecnie kojarzy się z minioną już epoką PRL. Sama od ponad miesiąca mieszkam znowu w takim bloku. Patrząc przez okno na ścianę sąsiedniego, prawie identycznego budynku zaczęłam się zastanawiać jak to było kiedyś, gdy to osiedle było nowe i pełne pustych mieszkań, do których dopiero mieli się wprowadzić ludzie przyjeżdżający na Śląsk w poszukiwaniu pracy i lepszego życia, zostawiając za sobą wszystko co do tej pory znali. Osiedle, na którym się wychowywałam w większości zamieszkane było przez ludzi napływowych z różnych regionów kraju, takie małe multi-kulti tamtych czasów. Dzieci bawiły się na dworze, siedziały na dworzu albo wychodziły na pole. Jeszcze ciekawiej było, gdy szło się w Wielką Sobotę poświęcić koszyczek. Pamiętam jak zdziwiłam się, gdy zobaczyłam, że kolega przyniósł do poświęcenia... zapałki. Jego tata, góral spod Nowego Sącza wyjaśnił wtedy, że u nich oprócz pokarmów święciło się jeszcze ogień i wodę. Co region to obyczaj. A obyczaje i sposób bycia przyjezdnych zaczęły się niebawem przenikać tworząc zupełnie nową rzeczywistość.
Wizja ludzi zostawiających swoje domy, ziemie, gospodarstwa i przemierzających kraj z całym swoim dobytkiem by osiąść na stałe w szarych blokach z betonu sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać skąd w ogóle wzięła się idea osiedli z wielkiej płyty. Wtedy z zaskoczeniem odkryłam, że pomysł narodził się (nie, nie w Rosji) w Europie Zachodniej. Prekursorem była Holandia, w której po I wojnie światowej został wybudowany pierwszy taki blok. Potem byli Niemcy, Francuzi, Szwedzi i naturalnie Związek Radziecki, w którym rozwiązanie to zaczęto stosować na masową skalę.
Do Polski wielka płyta dotarła dopiero pod koniec lat 50. Pierwsze bloki uznano za nieudany eksperyment, gdyż według ówczesnej władzy były... zbyt ekskluzywne. Mieszkania wyposażone były w drewniane parkiety i meble kuchenne, co wybitnie nie spodobało się pierwszemu sekretarzowi Władysławowi Gomułce, który wściekły na ówczesnych architektów domagał się wspólnych kuchni i podłóg malowanych farbą. Co ciekawe, Polska była wówczas jedynym na świecie krajem, w którym wyznaczono maksymalną liczbę metrów kwadratowych przypadających na mieszkańca. Nawet w Rosji było odwrotnie, tam obowiązywała norma określająca minimalną powierzchnię mieszkalną dla człowieka. Jeśli w Polsce architekt chociaż o 20 cm przekroczył dopuszczalny limit wielkości lokalu, musiał pisać podania do ministra o zgodę na odstępstwo od normy. W praktyce by uniknąć uciążliwej biurokracji zamiast wykorzystywać dodatkową przestrzeń na powierzchnię mieszkalną poszerzano korytarz. Ograniczeniom nie podlegała z kolei wielkość samych budynków, które miały być wizytówką socjalizmu, więc im potężniejsze tym lepsze. Tak powstały gdańskie Falowce, warszawski Jamnik, wrocławski Mrówkowiec czy katowicka Superjednostka.
Podczas gdy w latach 70 w Europie Zachodniej ostatecznie wycofano się z technologii wielkopłytowej uznając ją za zbyt kosztowną i energochłonną, w Polsce dopiero nastąpił jej rozkwit. Na terenie całego kraju powstawały Fabryki Domów, a nowe osiedla wyrastały jak grzyby po deszczu. Często byle jak i w pośpiechu, co dziś budzi liczne kontrowersje. Budownictwo wielkopłytowe umarło wraz z końcem epoki PRL, w 1989 roku. Jego dalszy rozwój pogrzebało wprowadzenie ostrzejszych wymagań związanych z izolacyjnością cieplną budynków, których nie spełniały żelbetonowe ściany.
Choć osiedla z wielkiej płyty krytykowane są obecnie za swoją brzydotę trzeba przyznać, że w porównaniu ze współcześnie budowanymi mieszkaniami deweloperskimi miały one swoje zalety: odległości między budynkami były stosunkowo duże, budowano place zabaw, zagospodarowywano tereny zielone umieszczając na nich ławki do wypoczynku. Na terenie osiedli funkcjonowały sklepy, punkty usługowe, szkoły, przedszkola i przychodnie. Dbano też o to, żeby wielkopłytowce były dobrze skomunikowane z centrum miasta i zakładami pracy, co niewątpliwie było dużym ułatwieniem na mieszkańców.

Źródło zdjęć: Narodowe Archiwum Cyfrowe, Dziennik Zachodni
Szacuje się, że w blokach z wielkiej płyty żyje obecnie blisko 12 milionów Polaków, czyli jedna trzecia społeczeństwa. W PRL zakładano, że budynki będą stać 50-70 lat, więc teoretycznie wkrótce niektórym z nich minie "data ważności". Za granicą takie osiedla zostały dawno wyburzone lub przeszły gruntowną rewitalizację: wzmocniono konstrukcję, założono zewnętrzne windy i powiększono mieszkania scalając całe kondygnacje lub tworząc lokale dwupoziomowe, dachy zaś zagospodarowano tworząc na nich ogrody. W Polsce państwo niejako pozbyło się problemu sprzedając prawa do własności lokali mieszkańcom. Tymczasem coraz ważniejszym pytaniem staje się w jakim stanie jest i ile jeszcze wytrzyma wielka płyta. Eksperci uspokajają, że bloki mogą jeszcze posłużyć nam ponad 100 lat, o ile zostaną podjęte kroki w kierunku ich modernizacji.

Zobacz także:

Wiedeń, miasto moich marzeń

Mieszkając przez rok w Wiedniu, zwiedzając miasto i stopniowo zagłębiając się w jego historię, natrafiałam i wciąż natrafiam na wiele polskich akcentów. "Polska góra" Kahlenberg, słynne w stolicy Austrii kanapki Trześniewskiego, ulica Jana Kiepury na Hütteldorfie, polskie kościoły, polski rodowód kawy po wiedeńsku... Lista jest już długa i stale przybywa na niej nowych ciekawostek.
Tym razem odkryłam, że pieśń Wiedeń, miasto moich marzeń (Wien, du Stadt meiner Träume), która znana jest każdemu mieszkańcowi naddunajskiej stolicy i uważana za nieoficjalny hymn miasta jest dziełem kompozytora o polskich korzeniach i swojsko brzmiącym nazwisku.
Rudolf SieczyÅ„ski żyÅ‚ w latach 1879-1952. UkoÅ„czyÅ‚ studia prawnicze na Uniwersytecie WiedeÅ„skim, stajÄ…c siÄ™ cenionym urzÄ™dnikiem Dolnej Austrii. Poza pracÄ… zawodowÄ… zajmowaÅ‚ siÄ™ pisaniem książek na tematy historii Wiednia, jego kultury i obyczajów, a także komponowaÅ‚ pieÅ›ni o tematyce wiedeÅ„skiej do wÅ‚asnych tekstów. Jego najsÅ‚ynniejszym dzieÅ‚em jest Wien, du Stadt meiner Träume. Utwór od poczÄ…tku zrobiÅ‚ szalonÄ… karierÄ™, zostaÅ‚ przetÅ‚umaczony na kilka jÄ™zyków i do dziÅ› Å›piewany jest przez najwiÄ™kszych Å›piewaków i Å›piewaczki Å›wiata.  Co wiÄ™cej, piosenka byÅ‚a inspiracjÄ… dla powstania filmu pod tym samym tytuÅ‚em (jeÅ›li znacie niemiecki, możecie obejrzeć go tu) i  wielu widowisk muzycznych jak m.in. WiedeÅ„ Moich MarzeÅ„ wystawianego w Gliwickim Teatrze Muzycznym, czyli tuż nieopodal mojego obecnego mieszkania: to ci dopiero niespodzianka! Poniżej fragment tekstu pieÅ›ni w polskim tÅ‚umaczeniu:

Powraca jak sen, wspomnienie sprzed lat, 
O Wiedniu Praterze dziÅ› Å›niÄ™. 
Choć mija nam czas, i ludzie, i Å›wiat, 
Do Wiednia myÅ›lami znów mknÄ™.  

Kto w Wiedniu raz byÅ‚ i wino w nim piÅ‚, 
Kto walcem upoić siÄ™ daÅ‚, 
w Dunaju błękicie rozmarzyÅ‚ siÄ™ skrycie, 
raz jeszcze przeżyć by chciaÅ‚.  

Piosenki wiedeÅ„skiej snuje siÄ™ czar, 
I widzÄ™, i wciąż sÅ‚yszÄ™ miejski gwar.  

Wiedniu, mój cudny Å›nie, 
DzieciÄ™ce, sÅ‚odkie wspomnienie me. 
TÄ™ znanÄ… piosnkÄ… z dawnych lat, 
Dajesz mi spojrzeć swobodnie w Å›wiat.  

Wiedniu, choć mija czas, 
Wciąż przyjaźń serdeczna łączy nas. 
Chwile radoÅ›ci, uÅ›miechów i Å‚ez, 
O Wiedniu mój – to Ty!

Zobacz także:

Wiedeń na Gwiazdkę: relacja z wycieczki cz. 2

W pierwszej chwili gdy się przebudziłam i otworzyłam oczy, nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Wiedeń? To niemożliwe, pewnie dalej śpię. A skoro to taki fajny sen, to szkoda jeszcze wstawać. Zamknęłam oczy i dryfując gdzieś między snem a jawą po chwili znowu odważyłam się wrócić do świata. Wiedeń? Chwilę jeszcze potrwało zanim to do mnie dotarło a gdy już uwierzyłam, to uśmiech nie schodził mi z twarzy. Mój drugi dzień przedświątecznej wycieczki rozpoczęłam od pysznej kawy i obowiązkowo szklanki zimnej wody z kranu. W poprzedniej części Wiedeń na Gwiazdkę: dzień 1 pisałam już, że do dobrych rzeczy człowiek szybko się przyzwyczaja, znacznie trudniej przychodzi mu później z nich rezygnować. Prawda stara jak świat i wciąż aktualna. Po powrocie do Polski bardzo przeszkadzało mi to, że kranówka nie nadaje się do picia. Taszcząc ze sklepu zgrzewki mineralnej wspominałam jak to fajnie było mieć kiedyś w kranie czystą, alpejską wodę, która w smaku była o niebo lepsza od tej z plastikowej butelki (o wiedeńskiej wodzie pisałam już tu, tu i tu). W dodatku wszędzie umieszczone były punkty czerpania wody. Spacerując po mieście, robiąc zakupy, wędrując po wzgórzach Lasu Wiedeńskiego czy jeżdżąc na rolkach wzdłuż Dunaju nie musiałam myśleć o zabieraniu z sobą napojów. W torebce miałam tylko zwijaną butelkę, którą napełniałam chłodną wodą gdy chciało mi się pić. Niektóre wodopoje w centrum miały też funkcję robienia mgiełki, która podczas upałów była nieoceniona!
Skoro już o wodzie mowa, kolejną rzeczą, za którą bardzo tęskniłam był widok Dunaju. Mieszkając w Wiedniu uwielbiałam spędzać czas nad rzeką. Dunaj zmieniał kolor w zależności od pogody i pory roku. Zimą był stalowoszary, latem zielonkawoniebieski jak tu, a ja niezmiennie lubię go we wszystkich odsłonach. Tym razem zaskoczył mnie mgłą jakiej nigdy jeszcze tu nie widziałam.
Z Reichsbrücke ledwo było widać zarys wieży Millennium Tower na Handelskai, a wzgórza Kahlenberg i Leopoldsberg zupełnie zniknęły z horyzontu. Mgła spowiła też wierzchołek DC Tower, która sprawiała teraz wrażenie jakby nie miała końca i sięgała prosto do nieba.
Przez ten spacer nad Dunajem trochę zgłodniałam, wsiedliśmy więc w metro i pojechaliśmy do sprawdzonej knajpki w okolice Landstraße Wien Mitte, by później spacerkiem udać się w kierunku Schwedenplatz. Minęliśmy także mglistą tego dnia rzekę Wiedenkę i wznoszące się przy niej obserwatorium astronomiczne Urania.
Gdy doszliśmy do Motto am Fluss, restauracji na Kanale Dunajskim do złudzenia przypominającej statek, skręciliśmy w Griechengasse, moją ulubioną wiedeńską uliczkę, która doprowadziła nas na Stare Miasto. Minęliśmy Katedrę Szczepana, Graben i Kohlmarkt, co jakiś czas zatrzymując wzrok na wystawach sklepów, które jak to w niedzielę były zamknięte.
Przez Michaelerplatz i Hofburg dostaliśmy się do Volksgarten, skąd było widać już Ratusz i największy z wiedeńskich jarmarków, Wiener Adventzauber am Rathausplatz.
Przeszliśmy się po udekorowanym światełkami parku, wyjadając z papierowej tytki ciepłe, prażone na słodko migdały. Pyszności! Za każdym razem gdy mam okazję być na Jarmarku Bożonarodzeniowym pod Ratuszem, nie mogę ich sobie odmówić.
Jeszcze tylko spojrzenie na Burgtheater i znajdujący się obok dostojny gmach Parlamentu i ruszyliśmy tramwajem w kierunku jarmarku na Altes AKH. To tam chodziliśmy latem na kurs niemieckiego, który bardzo dobrze wspominamy, więc z sentymentem patrzyliśmy na tak odmieniony świątecznymi ozdobami dziedziniec kampusu.
Złapaliśmy autobus 69A, którym wracaliśmy sobie czasem do domu po zajęciach, tym razem wysiadając na Spittelbergu. Mój ulubiony, malutki i klimatyczny jarmark w tym roku wyraźnie się rozrósł, co troszkę ujęło mu dawnego uroku. Wciąż jednak można było podziwiać stoiska z rękodziełem i spróbować przeróżnych przysmaków, nie tylko kuchni austriackiej. Oferowano nawet hiszpańskie churros z czekoladą! My jednak tradycyjnie wypiliśmy kubeczek rozgrzewającego ponczu i odeszliśmy w stronę Museums Quartier, wiedeńskiej dzielnicy muzeów.
Jarmark pod MUMOKiem nieco różni się od pozostałych. Nie nazwałabym go nawet jarmarkiem, bo próżno tam szukać stoisk ze świątecznymi ozdobami. Są za to pawilony, w których można się napić ponczu w przeróżnych wariantach, nawet w wersji turbo. Turkusowe leżanki, na których latem tak lubiłam wypoczywać zostały przestawione i złączone z sobą tak, że teraz z powodzeniem pełniły funkcję stołów. Na dziedzińcu pełno było młodych ludzi a imprezie przygrywał DJ. Aż chciałoby się tam zostać dłużej, ale byliśmy ciekawi co jeszcze słychać w Wiedniu.
Gdy wyszliśmy przez bramę MQ nie sposób było nie zajrzeć do Wioski Świątecznej na Placu Marii Teresy. Przeszliśmy się po jarmarku i wróciliśmy do stacji metra, skąd fioletową linią udaliśmy się na Prater.
A na Praterze niespodzianka: świąteczny koncert! Ludzie rozmawiali stojąc przy stolikach i popijając poncz, a co niektórzy tańczyli już w rytm wygrywanych melodii. W takich okolicznościach ciężko było odmówić sobie jeszcze jednej szklaneczki świątecznego trunku.
Po tak pełnym wrażeń dniu ucieszyłam się gdy wreszcie dotarliśmy do domu. Po drodze rzecz jasna wstąpiliśmy jeszcze na kawałek pizzy jak za starych, dobrych czasów.

Zobacz także:

Mroźny Rogoźnik

PrzyszedÅ‚ Nowy Rok i przyniósÅ‚ z sobÄ… mróz. I to siarczysty! Od trzech dni termometr za oknem pokazuje -15°C. Już dawno nie odczuÅ‚am na wÅ‚asnej skórze takiej temperatury. UbiegÅ‚orocznÄ… zimÄ™ spÄ™dziÅ‚am w Wiedniu, a tam klimat mimo wszystko jest Å‚agodniejszy. Teraz nie ma zmiÅ‚uj, bez czapki i rÄ™kawiczek ani rusz. ZamarzÅ‚y już nawet okoliczne jeziorka. JadÄ…c z SÄ…czowa w stronÄ™ Czeladzi zatrzymaliÅ›my siÄ™ na chwilÄ™ w Rogoźniku. Zalew skuty byÅ‚ lodem, a po tÅ‚umach okupujÄ…cych w okresie letnim miejscowÄ… plażę pozostaÅ‚o tylko wspomnienie. Wokół spokój i cisza. SpacerowaliÅ›my po tafli jeziorka, oglÄ…dajÄ…c przez lód piaszczyste dno. Tak to na nowo odkryliÅ›my znajome już dobrze miejsce, spoglÄ…dajÄ…c na nie z zupeÅ‚nie innej perspektywy.
Spacerujecie też czasem po zamarzniętych jeziorach?

Zobacz także:

Wiedeńska świnka na Nowy Rok

Czy wiecie, że w krajach niemieckojęzycznych różowa świnka jest symbolem szczęścia? W Nowy Rok Austriacy obdarowują się symbolicznie tzw. Glücksbringer, czyli talizmanami mającymi zapewnić pomyślność. Mogą to być małe podkówki, koniczynki, podobizny kominiarzy, muchomory, drobne monety, jednak zdecydowanie najpopularniejszym prezentem są świnki i to w każdej postaci. Marcepanowe, z gipsu, ciasta drożdżowego, kryształowe, w formie czapek, beloczków czy maskotek. Istne szaleństwo!
Das Glücksschwein, czyli świnka przynosząca szczęście uchodzi także za symbol płodności, bogactwa i dobrobytu, dlatego w Nowy Rok obdarowuje się nią rodzinę i przyjaciół. W krajach niemieckojęzycznych utarło się także powiedzenie 'Schwein haben', które oznacza 'mieć szczęście'.

Życzę Wam, żeby Nowy Rok 2016 przyniósł Wam dużo szczęścia i wiele wspaniałych, niezapomnianych chwil. Żebyście nie bali się spełniać swoich marzeń, nawet tych najbardziej szalonych, z zapałem i radością realizując wyznaczone sobie cele. Wszystkiego dobrego!

Prosit Neujahr!

Zobacz także: